W swojej młodości zawiodłem się na religii i nie chodzi mi tutaj o Kościół katolicki. Żeby nie zostać ateistą, rozdzieliłem religię od wiary, niebo od ziemi. W niebie jest to, co święte – Bóg, a na ziemi jest religia, są ludzie którzy ją tworzą. Przez jakiś czas żyłem w takim światopoglądzie, odcinałem się od rzeczy, które mnie zrażały i odciągały od wierzenia. Bóg jednak nie był dla mnie całkiem obcy, ponieważ czytałem Biblię. Później poznałem żonę i wtedy pojawiła się okazja, do zastanowienia się nad swoją wiarą. Wyniknął oczywiście temat ślubu kościelnego, ale wtedy jeszcze temat chrztu nie był obecny. Ustaliliśmy razem, że żona nie będzie naciskać. Zresztą twierdziłem i dalej twierdzę, że chrzest nie może być pochopną decyzją wywołaną naciskami, czy robieniem tego ze względu na kogoś, żeby zrobić komuś przyjemność. To ma być moje pragnienie i moja chęć zbliżenia się do Boga. Taka decyzja powinna wypływać z wnętrza. Po zawarciu małżeństwa, co jakiś czas wracaliśmy z żoną do tematu chrztu. W międzyczasie szukałem motywacji do powrotu do jakiejś wspólnoty. Najpierw chodziłem nieregularnie do Kościoła. Przyznam, że początkowo było to bardziej „dla towarzystwa” i ze względu na żonę. Jednak potem, gdy chrzciliśmy dzieci, temat mojego chrztu zaczął się rozwijać. W ubiegłym roku postawiłem sobie cel, by czytać Biblię. To wypływało z mojej ludzkiej potrzeby, gdzieś z wnętrza. Zacząłem regularnie kupować tygodnik Źródło, ze względu na Liturgię Słowa. Od tego się zaczęło... Chciałem zrobić jakiś krok do przodu, ale trudno było samemu zacząć. Pewnego razu mój serdeczny przyjaciel, który często wyjeżdżał do Częstochowy, zaprosił mnie na jeden z takich wyjazdów, pewną formę rekolekcji. Teraz wiem, że to był ten moment, na który tyle czekałem, to był ten bodziec, który poprowadził mnie do kapłana, aby poprosić o przygotowanie do chrztu. 

Z perspektywy tych kilku miesięcy można powiedzieć, że to był dobry wybór? Patrząc wstecz widzę, że było to w pewien sposób poukładane. Nie było pochopnych decyzji, nacisków. Współczuję ludziom żyjącym pod presją, ja tak nie lubię żyć. Pan Bóg nie robi takich numerów ludziom, że gdzieś ich próbuje wciągnąć na siłę, ale daje czas na dojrzewanie decyzji. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że mój wzrost wiary dokonywał się bardzo spokojnie, decyzja ewoluowała. W człowieku dokonuje się metamorfoza – tak jak gąsienica staje się motylem, tak człowiek się udoskonala, wzrasta w wierze.